"Jak mógł mnie tak potraktować!?" - krzyczałam w duchu. Byłam umówiona na spotkanie ze swoim chłopakiem, Joshem, a on bezczelnie wystawił mnie dla jakiejś idiotki. Jeszcze tego pożałuje.
Leżałam na łóżku. W pokoju panował półmrok. Latarnia stojąca nieopodal domu z niewiadomych powodów nagle straciła moc. Gdyby nie postawiona na etażerce obok świeczka, leżałabym w mroku wpatrując się w ciemną przestrzeń. Chociaż, gdyby spojrzeć na to z drugiej strony - co za różnica? Nie potrzebuję światła do rozmyślania o tym, jak bardzo chciałabym zobaczyć Josha. Pierwsze i ostatnie co bym zrobiła, to zasadzenie mu lewego sierpowego najmocniej jak tylko mogę. Jestem bardzo wrażliwa, a on dobrze o tym wiedział. Nie wiem, co sobie myślał - że jego kłamstwo o lekcji gry na gitarze wypali? Że mnie nabierze?
No dobra. Nabrał mnie i to mu wyszło. Ale gdyby nie telefon od Mon, która widziała go na mieście z Ashley - zapewne jego plan całkowicie by się powiódł. Podobno świetnie się bawili.
Josh dobrze wiedział jak bardzo nienawidzę Ash. Wredna zołza z podstawówki. Ośmieszała mnie i urządzała sobie drwiny przy każdej możliwej okazji. A teraz? Próbuje odbić mi chłopaka, a co.
"Nie dam im satysfakcji" - pomyślałam, po czym podniosłam się z łóżka, sięgając po laptopa. Chwilę spędziłam na przeglądaniu różnych stronek, po czym zalogowałam się na Facebook'a. Wiadomość od Ash.
~ Ashley Burke
"Nie ma rzeczy, której nie jestem w stanie Ci odebrać!"
(1) załącznik.
Nieśmiało podjęłam próbę otworzenia załącznika.
Zdjęcie przedstawiało wtuloną w Josha blond małpę, roześmianą od ucha do ucha. Chłopak obejmował ją z czułością patrząc na jej wargi. Ash spoglądała na niego triumfalnie, choć z przymkniętymi oczami. Zawsze rozpoznam ten wyraz twarzy "Znów jestem górą!*
Trzasnęłam laptopem, po czym poprostu wyszłam z pokoju. Zeszłam na dół, krzyknęłam, że wychodzę do śpiącego na kanapie, zapewne pijanego, wuja i zatrzasnęłam za sobą drzwi.
Był chłodny, mglisty wieczór. Jako, że był początek listopada, temperatura nie wynosiła wiele ponad 0° . Nie obchodziło mnie czy zmarznę. Chciałam poprostu wyjść.
Szłam przed siebie. W głowie miałam tysiące przeplatających się między sobą myśli. Wokół było tak ciemno, że ledwie widziałam drogę. Gdzieniegdzie dało się słyszeć pohukiwanie sów. Dreszcze jeden po drugim przechodziły po moim ciele. Jednak złość wzięła górę - nic nie było w stanie mnie zawrócić.
Stanęłam przed ulicą. Po drugiej stronie był wielki, ciemny las. To tam miałam zamiar się udać. Wiele razy odbywałam tam samotne spacery, jednak... Nigdy nie po ciemku.
Przeszłam na drugą stronę, powoli zagłębiając się pomiędzy gęstymi krzaczorami.
***
Szłam, przedzierając się przez gęstwiny. Było mi coraz zimniej, a co gorsza, zrywał się chłodny wiatr. Zaczęłam myśleć nad powrotem, ale po chwili zdałam sobie sprawę, że się zgubiłam. Kilka łez mimowolnie spłynęło mi po policzku. Tuż przede mną dostrzegłam spory kamień, napewno większy ode mnie. Podbiegłam do niego. Kilka razy zamachnęłam się pięściami, ale tylko rozbolały mnie kostki. To na nic. Oparłam się o niego rękami i spuściłam głowę. Niech się dzieje co chce! Zrezygnowana, zwiesiłam ręce, głośno wzdychając. Gdzieś w oddali dał się słyszeć zgrzyt łamanych patyków. Przesłyszenie.
Odgłos łamanej gałęzi. Coraz bliżej. Nie wydawało mi się...
Ktoś tu grasował. Gwałciciel? Morderca? A może oba naraz? Może to nie była jedna osoba? Albo może to nawet nie była osoba? Tym gorzej. Jeśli w tym momencie łaziło wokół mnie jakieś napalone zwierzę, byłam skończona. Odwróciłam się plecami do kamienia. Nerwowo próbowałam wypatrzeć przyczynę tych chrzęstów.
Nagle zza drzewa, znajdującego się zaledwie sześć kroków ode mnie, wyłoniła się jakaś sylwetka. Człowiek. Połowa sukcesu za mną. Podchodził powoli w moim kierunku, pewnym krokiem. Był nieźle rozbudowany - szerokie barki, dobrze rozbudowana klatka piersiowa, krótkie włosy - przynajmniej tyle udało mi się przyuważyć. Co dziwne - nie miał koszulki. Milczałam, czekając na rozwinięcie sytuacji.
Gdy znalazł się w odległości dwóch kroków, zatrzymał się. Podparł biodra rękoma, po czym wzniósł oczy ku niebu. Odruchowo popatrzyłam w to samo miejsce. Niebo pokrywała gwiezdna kołderka. Nad naszymi głowami malował się Wielki Wóz.
- Co robisz sama w lesie? I to o tej porze... Późno już. - w jego głosie czuć było, że nie ma złych zamiarów.
- Wyszłam się przewietrzyć. - krótko ucięłam.
- Dlatego zapuszczałaś się w głąb lasu? Żeby się... Przewietrzyć? Haha! - wyraźnie rozbawiony kontynuował rozmowę - Wiesz, to nie najlepszy pomysł. A na pewno nie o tej porze. Bezpieczniej będzie, jeśli ograniczysz swoje spacery do godzin poranno-popołudniowych. Znaczy, wiesz - tak jak do tej pory. - dodał, z pewnością siebie. Skąd wiedział o moich spacerach?
- Znasz mnie? - zapytałam zaniepokojona. W odpowiedzi usłyszałam tylko kaszel. - Pytam, czy mnie znasz?!
- Z widzenia. Hmm, nie krzycz. Nie chcemy tu towarzystwa.
Miał rację.
- A co Ty robisz w lesie, zważając na tą późną porę? - zapytałam z przekąsem.
- Bywam tu częściej, niż możesz to sobie wyobrazić. Czas do domu. Wracaj już. - próbował mnie spławić. Nie miałam ochoty na ciągnięcie tej rozmowy. W tym momencie odeszłam od skały mijając nieznajomego. Parę kroków od niego złapał mnie skurcz. Upadłabym. Podbiegł w ostatniej chwili i złapał mnie. Nie miał koszulki. Oparłam ręce na jego barkach. Byliśmy tak blisko... Był ciepły. Ciepły jak nikt inny. Jego bliskość mnie przerażała, a zarazem podniecała. Miał skrórę gładką, niczym tafla spokojnej wody. Gładką i na pozór delikatną.
Spojrzał mi w oczy. Odwróciłam się do niego tak, aby nasze spojrzenia się spotkały. Zmieszał się. Podniósł mnie, po czym się odsunął. Na jego twarzy dostrzegłam szyderczy uśmiech. Gdy dostrzegł, że na niego patrzę, natychmiast spoważniał.
- Jesteś zimna. Bardzo zimna. Dlaczego wyszłaś tak ubrana z domu? Bądź bardziej uważna.
Nie wiedziałam co mu odpowiedzieć. Zamiast tego, uświadomiłam sobie inną istotną rzecz.
- Nie trafię z powrotem. Pomóż mi wrócić do domu. - nieśmiało poprosiłam. On powoli spojrzał za siebie, potem znowu w niebo.
- Pospieszmy się.
Wziął mnie na plecy i pobiegł najszybciej jak mógł w stronę ulicy. Przebiegł na drugą stronę. Skąd wiedział, gdzie iść?
***
Gdy byliśmy na zakręcie przed moim domem, zatrzymał się. Popatrzył na mnie z troską, po czym się uśmiechnął.
- Adam. - wyciągnął rękę.
- Esme. - odpowiedziałam mu, podając rękę.
- Ładne imię. Na mnie czas, Renesme.
Po tych słowach pocałował mnie w czoło i odwrócił się, przechodząc do truchtu.
- Spotkamy się jeszcze? - usłyszałam swój głos, uchodzący ze mnie jak para z czajnika.
Przystanął.
- Mam taką nadzieję. - po czym pobiegł przed siebie.
Stałam wryta w ziemię na drodze prowadzącej do mojego domu i patrzyłam na jego oddalającą się sylwetkę.
××××××××××××××××××××××××
Może krótki, ale to dopiero początek. Jak wrażenia?
/_/Byle do piątku!/_/
Jestem dopiero od dziś, ale mam zamiar nadrobić swoje "zaległości". Pytasz "Jak wrażenia?" a ja powiem: Niesamowite!!! Piszesz świetnie i szybko (ale z przyjemnością) się to czyta. Nie będę pisać nic typu: czekam na kolejne, bo... bo już są ;) Nie bój się, jeszcze dziś wszystko nadrobię i będę musiała z niecierpliwością czekać na kolejne ;)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam i życzę weny
Isia
Przy okazji zapraszam do mnie, też nie dawno zaczęłam ;) http://uczucia-prosto-z-serca.blogspot.com/